Dziś wystarczy jeden klik, aby poprawić rysunek. Kilkadziesiąt lat temu rysownik prasowy ratował błędy żyletką, białą farbą i nożyczkami. Bywało, że jedna źle postawiona kreska oznaczała konieczność biegu do redakcji przed drukiem gazety. Dowiedz się, jak rysownicy tworzyli w epoce przedcyfrowej – to nie było tak dawno.
Kilogramy oryginalnych rysunków w teczkach
Przeglądałem niedawno wielokilogramowe archiwum stworzonych przeze mnie rysunków satyrycznych i humorystycznych, znajdujące się w tekturowych teczkach oraz jako oddzielne rysunki. Doszedłem do wniosku, że najwięcej w nim jest rysunków z lat osiemdziesiątych.
Głównie dlatego, że rysowałem wtedy dużo i drukowałem wtedy najwięcej rysunków w prasie (nawet 100 miesięcznie). Ale nie tylko dlatego. Później tworzyłem na większych formatach niż A4, więc leżą w oddzielnych tekach, poza tym częściej je kolorowałem farbami wodnymi.
Po przekroczeniu XXI wieku, gdy były już skanery i możliwa obróbka cyfrowa plików, rysunek początkowo wykonany na papierze, miał już swój finał na ekranie komputera i dysku.
Skąd się biorą pomysły na rysunki
Najczęstszym pytanie, jakie słyszałem w wywiadach i prywatnych rozmowach, brzmiało: „Skąd pan bierze pomysły na rysunki”. Hm, czy człowieka pyta się dlaczego oddycha? Jako osoba kreatywna, po tym pytaniu bawiłem się w elokwencję i odpowiadałem kreatywnie, ciesząc się gdy wymyśliłem coś odkrywczego. Bo pytanie może być identyczne, ale odpowiedź już niekoniecznie – bo mnie i innych znudziłaby ta sama odpowiedź.
Jeden z rysowników (chyba Eryk Lipiński) na pytanie skąd bierze pomysły na rysunki, odpowiadał: „Z głowy czyli z niczego”. Zdziwisz się, ale tym razem wymigam się od odpowiedzi. Przeczytaj wywiady ze mną.

Gdy jedna kreska mogła zniknąć w druku
Najstarsze rysunki satyryczne zachowane w moim archiwum, pochodzą z 1981 roku. W latach 80-ych rysowałem jak przed wiekami: piórkiem, którego końcówkę mieszałem w buteleczce z czarnym tuszem. Choć tak naprawdę nie było to mityczne piórko (stalówka), lecz redisówka, a to spora różnica. Przynajmniej co chwilę nie trzeba było maczać ostrza, aby skupić się na rysowaniu.
Gdy rysunek był gotowy i tusz zasechł na powierzchni kartki, można było zetrzeć gumką ołówkowy szkic. I to zostało niezmienne przez dziesiątki lat aż do dziś: najpierw jest ołówkowy szkic.
Bywało, że socjalistyczny tusz był marnej jakości. Wystarczyło zapomnieć potrząsnąć buteleczką przed odkręceniem nakrętki, aby zamiast czarnego rysunku postawione kreski były szare. Ówczesna technologia druku sprawiała, że to, co na rysunku było szare – w druku było białe – nie istniało! Zdarzało się, że musiałem gonić do redakcji „Głosu Budowlanych” i „Kuriera Lubelskiego”, aby poprawiać każdą szarą kreskę na rysunkach i dopiero nadawały się do druku.
Żyletki, biała farba i ratowanie rysunków
Dziś każdy fragment rysunku można w programie graficznym skasować i usunąć dowolną kreskę, a jak było zanim pojawiły się komputery? Rysownik musiał liczyć na własną kreatywność i znać pewne sztuczki. Oglądając czasem oryginały rysunków innych twórców na wystawach w Muzeum Karykatury stwierdzam, że każdy z nas miał te same sztuczki i dochodził do identycznych technologicznie wniosków.
Raz wydrapywało się lub wyżynało z kartonika niechcianą kreskę czymś ostrym (najczęściej żyletką), innym razem usuwało się nią, przykrywając białą farbą, naniesioną pędzelkiem. Przy większych problemach po prostu wycinało się potrzebny fragment rysunku, naklejało na inną kartkę i uzupełniało resztę rysunku. Potem w sklepach z materiałami biurowymi pojawiły się też specjalne taśmy, nawinięte na rolkę i efekt był podobny.
Zdarzało się, że trzeba było wyciąć fragment rysunku i nakleić go na drugą kartkę, a potem kontynuować rysowanie. Powstawały kolaże, choć w druku czytelnik gazety widział tylko ostateczny efekt pracy. To dlatego oglądanie oryginałów na wystawach, to odkrywanie warsztatu artysty.
W którymś momencie pojawiły się letrasety – rodzaj kalki, na której były czarne kropki, kreski, siateczki. Wystarczyło położyć kalkę na rysunek, przycisnąć wierzch np. końcówką pędzelka i właściwe powierzchnie letrasetu przyklejały się do rysunku.
Photoshop zmienił wszystko. Ale nie zastąpił rysowania
Pamiętam swój pierwszy rysunek, pokolorowany w Photoshopie, na początku XXI wieku. Ukazywał się w tygodniku „Przegląd” i dopiero zaczynałem się szkolić. Wtedy, podobnie jak i dziś, rysunek powstawał na papierze (wspomnianą wyżej redisówką lub czarnym flamastrem) i po odpowiednim zeskanowaniu był kolorowany.
Z czasem zyskałem większą wprawę, choć nie miałem ambicji zostania grafikiem komputerowym i do dziś nie znam wielu sztuczek. Bo komputer ma mi pomagać w tworzeniu, a nie zastępować to, co najważniejsze: sam fakt narysowania. Dlatego nie wyobrażam sobie, aby 100% mojego każdego rysunku powstawało wyłącznie cyfrowo – na tablecie. Nie, zawsze jest rysunek na papierze.
I nawet jeśli moje obecne archiwum jest na dysku, jest też drugie archiwum „półproduktów” – rysunków, które potem cyfrowo zostały zmienione. Już go nie przeglądam jak rysunki na dysku, ale po prostu jest. A wartość takich rysunków, mających mój odręczny podpis, zyskuje z każdym rokiem.
Rysowanie kiedyś i dziś: (c) Rysunki.pl
Zobacz też:
> Jak nie zostałem rysownikiem Wyborczej
> Lenin jak Jezusek. Moja pierwsza wystawa zagraniczna


