wycena dzieł sztuki
wycena dzieł sztuki
w

Dlaczego jeden obraz kosztuje 500 milionów, a drugi 500 złotych? Tajemnice rynku sztuki

Wyobraź sobie, że w 2017 roku w nowojorskim Christie’s ktoś podnosi tabliczkę z numerem i po 19 minutach licytacji płaci 450,3 miliona dolarów za obraz „Salvator Mundi” przypisywany Leonardo da Vinci. W tym samym tygodniu w warszawskiej Desie inny obraz – równie ładny, równie stary, równie olej na płótnie – idzie za 18 tysięcy złotych i nikt się nie bije. Dlaczego? Co sprawia, że wycena dzieł sztuki potrafi różnić się o kilka rzędów wielkości, chociaż oba obrazy wiszą na tej samej ziemi i zrobione są z tych samych pigmentów?

Większość ludzi myśli, że drogi obraz musi być po prostu najpiękniejszy. To największy mit rynku sztuki. W 2006 roku kasyno Bellagio w Las Vegas kupiło „No. 5, 1948” Jacksona Pollocka za 140 milionów dolarów. Wygląda jak ktoś wylał farbę na podłogę i rozjechał ją butem. W tym samym czasie tysiące realistycznych, perfekcyjnie namalowanych pejzaży i portretów wędruje na strychy albo do second-handów. Piękno jest subiektywne, a wycena dzieł sztuki jest bezwzględnie obiektywna – tyle że obiektywizm ten tworzą zupełnie inne czynniki niż estetyka.

W 2022 roku na aukcji w Sotheby’s sprzedano obraz Andy’ego Warhola „Shot Sage Blue Marilyn” za 195 milionów dolarów. To sitodruk z twarzą Marilyn Monroe zrobiony w kilkadziesięciu egzemplarzach. Identyczne odbitki wiszą w muzeach i prywatnych kolekcjach na całym świecie. Dlaczego akurat ten był najdroższy? Bo należał wcześniej do rodziny Ammannów i miał idealną „proweniencję” – historię własności, która brzmi jak bajka dla kolekcjonerów.

Na rynku sztuki nazwisko artysty działa jak marka Louis Vuitton. Im więcej razy pojawia się w katalogach wielkich muzeów, im więcej książek o nim napisano, im częściej jego prace wisiały obok Picassa czy Matisse’a – tym drożej. Damien Hirst może zalać formaliną owcę albo przykleić 9300 diamentów do czaszki i zarobić setki milionów, bo nazywa się Hirst. Nieznany artysta zrobi to samo – skończy na śmietniku historii sztuki.

To się nazywa symboliczny kapitał i jest najtwardszą walutą w wycenie dzieł sztuki. Możesz być geniuszem pędzla, ale jeśli twoje prace nigdy nie były w Tate Modern, MoMA czy Centre Pompidou – twoja cena zaczyna się od zera.

W 1958 roku Robert Rauschenberg zrobił słynny gest: wymazał rysunek Willema de Kooninga gumką i nazwał to „Erased de Kooning Drawing”. Jest dokładnie jeden taki obiekt na świecie. W 2018 roku ktoś zapłacił za niego 30 milionów dolarów. Gdyby Rauschenberg wymazał tysiąc rysunków de Kooninga – każdy byłby wart tyle, co dobra używana Toyota.

Rzadkość na rynku sztuki to narkotyk. Kiedy w 2021 roku zmarła 94-letnia artystka Carmen Herrera. Przez 70 lat nie sprzedawała prawie nic i w jednej chwili jej obrazy skoczyły z 50 tysięcy do 3-4 milionów dolarów za sztukę. Dlaczego? Bo zostało ich niewiele i już nigdy ich nie przybędzie.

W 2018 roku obraz „Dziewczyna z balonem” Banksy’ego sam się zniszczył, zaraz po sprzedaniu za milion funtów. Cena natychmiast podwoiła się. Dlaczego? Bo powstała historia. Ludzie nie kupili już obrazu – kupili wydarzenie, skandal, mem.

Wycena dzieł sztuki to w 80% storytelling. „Salvator Mundi” sprzedano za 450 milionów nie dlatego, że jest najpiękniejszym Chrystusem w historii, tylko dlatego, że przez wieki należał do królów Francji, przepadł, został znaleziony w fatalnym stanie, odrestaurowany i nagle ogłoszony „męską Mona Lisą”. Do tego kupił go saudyjski książę, który podobno chciał nim udekorować swój jacht. To brzmi lepiej niż najlepszy serial Netfliksa.

W 2001 roku Charles Saatchi kupił instalację Damiena Hirsta „The Physical Impossibility of Death in the Mind of Someone Living” – czyli rekina w formalinie, za 50 tysięcy funtów. Dziesięć lat później sprzedał ją za 12 milionów dolarów. W międzyczasie jego galeria pokazała rekina na trzech kontynentach, napisano o nim tysiące artykułów, trafił na okładki magazynów. Saatchi nie był kolekcjonerem – był producentem wartości.

Wycena dzieł sztuki, to gra zamknięta. Decydują o niej:

  • wielcy kuratorzy (gdy Hans Ulrich Obrist coś pochwali, ceny rosną o 300-500%),
  • domy aukcyjne (Christie’s i Sotheby’s kontrolują 90% rynku powyżej 10 milionów dolarów),
  • doradcy najbogatszych (gdy ktoś taki jak Abigail Asher doradza Romanowi Abramowiczowi kupić coś za 120 milionów – reszta rynku dostosowuje się w ciągu miesięcy).

Gdy w 2008 roku Sotheby’s wystawiło kolekcję Damiena Hirsta prosto z pracowni (z pominięciem galerii – rzecz niespotykana), świat sztuki wrzał. Sprzedaż przyniosła 198 milionów funtów w jeden wieczór. Od tego momentu Hirst był „nieśmiertelny”. Nawet gdy później jego prace zaczęły tracić 70-80% wartości – i tak pozostał w czołówce.

To klasyczny efekt halo w wycenie dzieł sztuki. Raz uznany za geniusza – jesteś geniuszem. Picasso mógł pod koniec życia malować totalne buble, ale i tak płacono za nie miliony. Van Gogh za życia sprzedał jeden obraz. Po śmierci – stał się najdroższym artystą świata. Różnica? W międzyczasie muzea, krytycy i rynek postanowiły, że jest wielki.

Kiedy w 2021 roku Beeple sprzedał kolaż NFT za 69 milionów dolarów w Christie’s, świat sztuki dostał zawału. Bo nagle ktoś spoza układu – grafik robiący memy – przeskoczył Picassa i Warhola. Trwało to krótko (rynek NFT się załamał), ale pokazało, że w wycenie dzieł sztuki pojawił się nowy gracz: tłum w Internecie.

Dziś młody artysta może mieć 3 miliony obserwujących na Instagramie i sprzedawać obrazy po 100-200 tysięcy dolarów bez jednej wystawy w galerii. Avery Singer, Daniel Arsham czy Jadé Fadojutimi – wszyscy weszli na szczyt dzięki mediom społecznościowym. To jeszcze nie zmienia całkowicie reguł wyceny dzieł sztuki, ale już je wyginają.

Wycena dzieł sztuki nigdy nie będzie sprawiedliwa, logiczna ani demokratyczna. To gra, w której piękno jest tylko pretekstem, nazwisko walutą, rzadkość bronią, a emocje i instytucje – prawem. Następnym razem, gdy zobaczysz obraz za 100 milionów dolarów, nie pytaj „dlaczego tak drogo?”. Zapytaj „kto i dlaczego postanowił, że właśnie tyle jest wart?”. Odpowiedź będzie ciekawsza niż sam obraz.

Wycena dzieł sztuki: (c) Rysunki.pl / GR

Zobacz też:
> Najsłynniejsi artyści daltoniści
> Malarstwo abstrakcyjne

Sadurski

Szczepan Sadurski - rysownik prasowy, dziennikarz, osobowość medialna. Opublikował tysiące rysunków humorystycznych w ponad 100 tytułach prasy polskiej i zagranicznej. Rysuje karykatury na żywo podczas imprez; w Nowym Jorku nazwano go "jednym z najszybszych karykaturzystów świata". Rysuje dla prasy, ilustruje książki. Przez ponad dwie dekady był wydawcą ogólnopolskich, wysokonakładowych czasopism z humorem i satyrą (w tym kultowy Dobry Humor). Pomysłodawca i od 2001 r. przewodniczący Partii Dobrego Humoru (Good Humor Party) - nieformalnej organizacji o zasięgu światowym. Wydawca Rysunki.pl - internetowego serwisu ze sztuką, kulturą, humorem i rozrywką. Znajdziesz tu informacje, rysunki, dowcipy, oraz ciekawostki na szereg tematów.

Muzeum Egipskie w Kairze muzea

TOP 10 muzeów, które musisz zobaczyć, zanim znikną

pseudonimy sztuka pseudonim

Dlaczego współcześni artyści często wybierają pseudonimy?